|
poniedziałek, 08 lutego 2010
Nie jestem pomniejszym bóstwem!
Tak, tak. Prosiątko pochłania czas i mój, i Współlokatorów. Uczymy się siebie nawzajem. Najgorszy był pierwszy dzień. Bogowie, jakże on wibrował. Dokładnie tak, jak wyciszony telefon. Tak wibrował, że Współlokator dzwonił do poprzedniej właścicielki i pytał, czy to normalne. Nie no, przecież paniczny strach jest czymś normalnym na tym bożym świecie, prawda? Nie wiem, o co tyle szumu. Pierwszego dnia Świniaczek siedział w kącie klatki i był tak przerażony, że nie umiał znaleźć wejścia do domku. Głupolek. Na drugi dzień znalazł wejście do domu i siedział tam całą noc i cały następny dzień. Wreszcie Współlokatorzy załapali, że pewnie sierotka Marysia nie umie wyjść z domku. I zgadli! Wywlekli biedaka i pokazali mu wejście i wyście. Nie to, żeby miał rezydencję w tej klatce – otworek do domku jest jeden, tylko koleś nie umiał się nim za bardzo posługiwać w obie strony. Ale już załapał. Teraz jest tak wyluzowany, że nie przemieszcza się sprintem z domku do poidełka czy sianka, ale idzie niemal wyluzowanym krokiem. He, he… ale z lekka przyspiesza, gdy zobaczy cień Pana Kota. He, He… (tu zaśmiałem się diabolicznie). Niestety, w takich chwilach odciągają mnie od klatki i nie mogę zbyt długo napawać się władzą. Ech, życie… Muszę Wam jeszcze o czymś opowiedzieć… Pewnego dnia Współlokatorka jak zwykle wyjęła Świniaczka z klatki i się z nim bawiła. Podtykała mu smakołyki, tarmosiła, miziała, rozczesywała mu dredy (jak zobaczycie zdjęcia, to zrozumiecie) i ogólnie dobrze się razem bawili. Potem go odniosła. Wraca, patrzy… a ja leżę na pleckach, brzuszek na wierzchu (a ja nie z tych, co to brzuszek pokazują, o nie!) i wlepiam w nią oczka zranionej sarenki. - Karmelku, kochanie, co ci się stało? - Łiii… - O rany, mam cię pomiziać po brzuszku? - Yyyy… - No przecież kocham cię tak samo jak zawsze. A ti, ti, ti… Przecież jesteś naszym najukochańszym… (ble, ble, ble). - Mrrr, mrrr… - Widzisz, zawsze będę miała dla ciebie czas, mój ty… DZIAB! - Aaaa, pogięło cię? Ja cię miziam, a ty mnie gryziesz? ZIUM! (Na wszelki wypadek zwiałem). A co mi tu się będzie wdzięczyć! Ktoś tu chyba zapomniał, że to mnie należy się pierwszeństwo! Ja tu jestem Królem!
środa, 13 stycznia 2010
Chimeryczny (?) lokator
Już w czwartek zacząłem coś podejrzewać . Pojawiła się w domu jakaś dziwna klatka. Trochę za duża jak na chomika. Oczywiście musiałem do niej wejść, choć swój kontenerek omijam szerokim łukiem. I czekałem, co się wydarzy. Bo to już prawie rok, odkąd jestem sam. Od jakiegoś czasu zastanawiali się nad tym, by kupić mi jakieś zwierzątko. Myśleli o kotku, ale stwierdzili, że: - po pierwsze, mógłbym poczuć się zdegradowany ze stanowiska Króla Stworzenia - a po drugie, mógłbym się wystraszyć, bo tak naprawdę to oprócz matki i rodzeństwa oraz jakichś nieszczęśników w kontenerkach u weterynarza to ja nigdy kotów nie widziałem. I mógłbym przeżyć wstrząs. Dobrze myśleli. Pojawiły się też pomysły na węże i kameleony. Na szczęście my lubimy chłodek, a one nie bardzo. I pewnego razu Współlokatorki poszły po żarcie do sklepu zoologicznego. Weszły i stanęły jak wryte. Za szybką pasły się małe baranki. No dobra, one są troszkę ślepawe, ale podobno te zwierzątka wyglądały jak baranki-miniaturki. Okazało się, że to rasowe świnki morskie. I wtedy zapragnęły mi kupić świniaczka. Po naradzie rodzinnej... baranków już nie było. Współlokator zaczął wydzwaniać, zamawiać, dopominać się. Ale baranki przestały się rodzić. Dlatego zdziwiłem się przyjazdem klatki. I w piątek pojawił się ON. Mój nowy kolega - prosiaczek. Ale nie „baranek”, a „texel”. Hm... Bardzo jest do mnie podobny. Ma czarne futerko, miejscami brązowawe (ostatnio zrudziała mi broda i trochę łapki). I tak jak ja lubi sianko! Nie wiem, dlaczego dotąd nie kupowali mi siana. Mam nadzieję, że mój nowy kumpel będzie się dzielił. Na razie nie robimy mu sesji fotograficznej, bo jest jeszcze mały i może się przestraszyć. Bądźcie cierpliwi. Aha! Chomiczków nie dostrzegałem, gdy były wyjmowane z klatki. A świniaczka widzę! O! Fajny jest, choć nie pozwalają mi jeszcze się z nim bawić. I jeszcze taka refleksja mnie naszła... Dlaczego to są „świnki morskie”? Przecież to ani świnki, ani morskie. Nawet nie chcę myśleć, jak muszą mieć rozchwiane poczucie własnej tożsamości.
środa, 06 stycznia 2010
Carpe diem
Jak zapewne wiecie, jestem kotem-dżentelmenem. W nocy nie biegam po Współlokatorach, nie hałasuję, grzecznie czekam, aż się obudzą. Nawet jeśli sam już nie śpię, chodzę na poduszeczkach. Kiedy sytuacja mnie zmusi, to mięciutko zeskakuję z parapetu. Nie jestem jak papuga i nie ma na mnie wpływu pora dnia, oświetlenie czy hałasy u sąsiadów. Czekam na dzwonek BUDZIKA. Bo budzik to święta rzecz. Skoro dzwoni, to widać musi. A jak mus to mus - trzeba wstawać, prawda? A jak jest w świecie realnym? Nie tak słodko. Dzwoni budzik. Wtedy bez względu na to gdzie jestem, pędzę do pokoju (już nie tak cichutko, wprost przeciwnie - jakby goniły mnie potwory) i z całym impetem wskakuję na łóżko. - Mrrrr, mrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr. - Karmel, litości, jeszcze pięć minut - mówi Współlokatorka i nastawia budzik na drzemkę. - Mrrrr, mrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr - i dotykam ją zimnym noskiem w policzek. - Błagam, kocie. Ale ja jestem niewzruszony - robię jej baranka łebkiem w czoło. Raz, drugi, trzeci, czwarty... Cóż, robię tak do skutku. Czasem odwraca się na drugi bok. A co ja głupi jestem i nie umiem przejść na drugą stronę? Umiem. I przechodzę. - Mrrrr, mrrrr, mrrrrrrrrrrrrrr. - Karmel, ty chyba Boga w sercu nie masz... Mniej więcej w tym czasie drugi raz dzwoni budzik. Ha! I wtedy już musi wstać! Wstaje i rzuca mi dzikie spojrzenia. Że niby miała dodatkowe pięć minut snu, a ja jej odebrałem! Ale, ale, proszę państwa! Ja to robię dla jej dobra! Bo gdy pomnoży się te 5 minut przez 365 dni w roku, to wychodzi 1825 minut, czyli ponad 30 godzin. 30 godzin życia! Jeśli nie ma pomysłu, co z nimi zrobić, to ja jej właśnie podpowiadam: MOŻESZ MNIE W TYM CZASIE, KOBIETO, MIZIAĆ I TARMOSIĆ! O! PS. Współlokatorka Zygmusia i Mieci powiedziała mojej Współlokatorce, że głośno o mnie w świecie. Hm... nie wiem, jak poradzę sobie z popularnością. Nie wiem... sami zobaczcie
poniedziałek, 09 listopada 2009
Ordnung muss sein
Muszę pochwalić moją Współlokatorkę - nauczyła się wykonywania kolejnego polecenia! Jak kiedyś wspominałem, rozumie już, gdy mówię, że chcę pić, jeść i że trzeba zmienić piasek. A teraz jeszcze to. No, jestem z niej dumny. Ale do rzeczy... W dzień sypiam sobie, gdzie popadnie - a właściwie, gdzie mnie sen zmorzy. Niemniej jest przecież coś takiego jak higiena snu, prawda? I noc trzeba spędzić w łóżku, w pościeli, a nie gdzieś na pralce. Dlatego nocą śpię na rozłożonym tapczanie: - albo na poduszce (jeśli zdążę się położyć przed właścicielem poduszki) - albo w nogach (jeśli jestem zbyt śpiący i refleks mi nie dopisze). I ostatnio budzę się, rozglądam i widzę ciemność (ha! widocznie zasnąłem przy rurze w przedpokoju). Wchodzę do pokoju, zerkam na zegarek - druga w nocy. Współlokatorka siedzi przy kompie i widocznie zapomniała o świecie, bo tapczan nie zrobiony. O nie - myślę sobie - to już przegięcie! Jak nie miauknąłem w krótkich żołnierskich słowach, jak się kobiecina nie poderwała od biurka, aż miło było popatrzeć. Stanąłem przy tapczanie i popatrzyłem na niego z wyrzutem. Współlokatorka zrozumiała w lot! Podeszła do mnie, pogłaskała, ale przecież nie o to mi chodziło, więc jej tylko odburknąłem, a ona wyciągnęła pościel. Zdolna bestia, prawda? A jak już wszystko przygotowała, poszła wyłączyć kompa. Hłe, hłe... zgadnijcie, gdzie się ułożyłem. :-)
wtorek, 20 października 2009
Kto ty jesteś?
Takie refleksje mnie naszły dziś nad miską: czy ja jestem SAMOżywny czy jednak CUDZOżywny. Bo to jest jednak kwestia dotycząca mojego jestestwa i mojej tożsamości, prawda? Ale od początku... Pewnego dnia wpadła Młodsza Współlokatorka do domu i zaśmiewając się opowiedziała, jak pani od biologii przepytywała klasę i zadała jakiemuś chłopaczkowi pytanie: - A tygrysy? Czy tygrysy są samożywne czy cudzożywne? - Samożywne - odpowiedział pewnie chłopaczek. - Jak to??? - pani była z lekka wstrząśnięta. - No przecież na wolności nikt ich nie karmi i same się żywią! Współlokatorki się obchichrały, ale w moim przypadku ta kwestia nadal pozostaje otwarta: niby nikt mnie widelczykiem nie karmi i sam sobie daję radę, czyli tak jakbym był samożywny. Ale z drugiej strony potrzebuję kogoś do otwarcia puszeczki. Czyli co? Cudzożywny? No, ale z trzeciej strony przecież mogę potraktować ludzi jako bardziej myślące otwieracze do puszek - w końcu to JA steruję nimi i prowadzę do szafki. Hm... Mam mętlik w łebku.
wtorek, 13 października 2009
Podaj cegłę, podaj cegłę...
Sissi i Jasminko, bardzo Wam dziękuję za wyróżnienie. Jakoś tak nie bardzo dopuszczano mnie do kompika, bo mieliśmy mały remont, więc nie mogłem podziękować na bieżąco. Ale już jestem i mam nadzieję, że będę regularnie. No właśnie... remont. Nie jakiś wielki, nie. Współlokatorka postanowiła tylko odświeżyć pokój Młodszej Współlokatorki - bo to pójdzie sprawnie i bezboleśnie. Hłe, hłe... miało to trwać kilka dni, a skończyło się niemal na miesiącu i zrujnowaniu przyległego przedpokoju. Na razie mieszkańcy liżą rany po tym przedsięwzięciu. A propos lizania... Wiecie, co mi w tym całym remoncie sprawiało największą radochę? Gdy już Specjalista od Remontu wychodził z naszego domu, a my wchodziliśmy do pokoju na inspekcję, żeby podziwiać straty (bo zysk pojawił się dopiero ostatniego dnia - wcześniej z dnia na dzień było tylko gorzej). Tak więc Współlokatorki otwierają drzwi, światła nie zapalają, bo nie ma, nieśmiało zaglądają do środka, a ja WZIUUUU wpadam do pokoju, ślizgam się na jakiejś folii, zatrzymuję się na drabinie, wzbijam kilogramy kurzu (tak, tak, kilogramy, wprawdzie miewam skłonności do przesady, ale teraz mówię szczerze), bezwstydnie się w nim tarzam i cały szary wybiegam z mojego placyku zabaw. Nawet nie miały do mnie pretensji, że rozwlekam kurz po domu - w całym tym burdelu to i tak nie miało znaczenia. :) A potem siadałem sobie w jakimś kątku i zlizywałem kurz z futerka. Całą godzinkę. A one patrzyły i się martwiły. Próbowały przemówić mi do rozsądku, tłumacząc, że cement plus ślina równać się może czopek w mojej dupce, ale nic sobie z tego nie robiłem. Wszelkie próby powstrzymania mnie przed zabawą kończyły się fiaskiem. Teraz trochę mi brakuje smaku cementu... Później bez ostrzeżenia Specjalista położył panele. I tu mnie zaskoczył. Wcześniej oparciem dla moich pazurków była wykładzina, później w czasie remontu jakiś gruz i kamienie, a tu nagle wpadłem do pokoju i... się poślizgnąłem. Ale nic to! Pomyślałem sobie: może nie zauważą. Szybko się zerwałem na równe łapki, chciałem nabrać rozpędu i... poczułem się jak zwierzątka w kreskówkach, które przebierają łapami i absolutnie nie posuwają się naprzód. Zrobiłem w miejscu chyba ze trzy „kroki”, nim udało mi się nieco przemieścić. Hm... to było dość żenujące. Cały dzień tam nie wchodziłem. Teraz jest tam czysto i ładnie. I muszę się pochwalić - zamontowano mi dywanik na środku pokoju, na tych nieszczęsnych panelach. Jeśli uda mi się wpaść tam z odpowiednią prędkością, to wskakuję na dywanik i jaaaaaadę przez cały pokój zatrzymując się dopiero przy biurku. Polecam! I już nie mogę się doczekać remontu kuchni i łazienki. Ale obawiam się, że jestem osamotniony w moich tęsknotach. Ech... jak zwykle nie mam tego, czego pragnę...
środa, 24 czerwca 2009
Gdy przebiegnie czarny kot...
No tak, zaczęły się wakacje, a ja nie opisałem swojego szkolnego sukcesu. Otóż Młodsza Współlokatorka zajęła drugie miejsce w konkursie z angielskiego! Pewnie zastanawiacie się, czy to na pewno mój sukces. Oczywiście, że mój! A było to tak... Młodsza Współlokatorka została wytypowana do wzięcia udziału w konkursie. Przeszła jeden etap, drugi i dostała się do finału. I zległa. W sensie chorobowym. Zbliża się ostateczny konkurs, a ta biedulinka kicha, kaszle i przewraca oczami. Ale że to ambitne dziecię, stwierdziła, że idzie! Troskliwa Współlokatorka nieśmiało próbowała odwieść ją od tego pomysłu, mówiąc, że z taką chrypą nie wykrztusi słowa - ale wiecie, jak to jest z nastolatkami. Uparła się. W końcu Współlokatorka uznała: - Idź dziecię reprezentować nasz szlachetny ród! A że choroba może osłabić twe wrodzone i odziedziczone po rodzicach zdolności, potrzebna jest ci pomoc nadprzyrodzona. Czarny kot musi ci przebiec drogę. Na szczęście. Siedziałem oszołomiony tą przemową (i wciąż nieco zaspany), nie wiedząc dokładnie, czego się po mnie spodziewają, aż tu nagle czuję, jak Współlokatorka bierze mnie pod paszki i „przebiega” mną drogę przed Młodszą Współlokatorką! Przebierałem łapkami, ale byłem w szoku. Znów usiadłem oszołomiony, a one się chichrały! Dziecię poszło i wróciło. Jak już zdradziłem, szczęśliwa Młodsza Współlokatorka oznajmiła, że zajęła drugie miejsce. Szczęśliwa matka ją wyściskała. A potem popatrzyły na mnie. I usłyszałem: - Dzięki, kot! Uśmiechnąłem się w duszy. - Następnym razem trzeba będzie przebiec Karmelem drogę siedem razy. Będzie pierwsze miejsce. No ja nie wiem, czy to nie powinno być traktowane w kategoriach nieuczciwego dopingu!
środa, 20 maja 2009
Nie wszystko złoto...
To ja jeszcze pociągnę temat kulinarny... Od czasu gdy jestem sam, Współlokatorzy wydają na mnie więcej swoich zasobów pieniężnych niż wcześniej. Stwierdzili, że skoro mają tylko jednego synka (?!?), to mogą go rozpieszczać. Cóż, podoba mi się takie podejście do sprawy. Współlokatorka więc za każdym razem gdy jest w okolicach wypaśnego sklepu ze zwierzęcym żarciem, przynosi jakieś zdobycze. Nie narzekam. Do tej pory jej się udawało. A dziś... Rano jak zwykle zaprowadziłem ją do kuchni (swoją drogą już mogłaby się nauczyć sama tam trafiać, prawda?) i pokazałem na pustą miskę. Pojęła w lot i sięgnęła do szafki. I przemówiła w te słowa: - Karmelku, dziś dostaniesz najdroższą w swej karierze puszeczkę. Co ty na to? - ... - Niech sprawdzę... tak... wątróbka gęsia w ziołach. I fruu, wrzuciła zawartość do miseczki. Popatrzyłem na nią, na miskę, powąchałem i sobie myślę: „Mam nadzieję, że wiesz, kobieto, co robisz". I wziąłem się za konsumpcję. Niestety, po wylizaniu miski przypomniało mi się, że chyba nie lubię wątróbki. Albo gęsi. A może ziół? I co? Zamiauczałem, przywołałem ją i ostentacyjnie pozbyłem się treści z mego wnętrza. Całej treści. A teraz się martwię, że znowu będzie mi kupować jakieś śmieciowe żarcie. Buuu...
środa, 13 maja 2009
Kto rano wstaje...temu śniadanie
Nie lubię, jak mi się Współlokatorzy gdzieś rozjeżdżają, ale trzeba przyznać, że ma to swoje dobre strony. Pewnego dnia Współlokatorka zwlekła się z łóżka o 5 rano. Nie jest to normalne, więc nieco zbystrzałem. Pobiegłem za nią do kuchni i zacząłem dopominać się o śniadanie. - Karmel, pogięło cię? Jest piąta!!! - Meou. - Pewnie jeszcze kolacji nie strawiłeś. - Mrrr... - No może masz rację. Jeśli ja ci nie dam jeść, to już nikt nie da. Z radością poocierałem się o nogi, ręce, co tylko tam miała. Najadłem się i poszedłem spać. Nawet nie zauważyłem, że wyszła. O 7.30 Młodsza Współlokatorka poszła do kuchni popatrzyła na mnie, na miskę - w tym czasie zrobiłem wygłodniałą minę - znowu na mnie i wrzuciła mi chrupki do miski. Ha! Udało się! Rzuciłem się na suche żarcie. Cały dzień tak dobrze mi szło udawanie wygłodniałego kocurka, że po południu z przyzwyczajenia zacząłem osuwać się po ścianach i znów poprowadziłem Młodszą Współlokatorkę do kuchni. Zamiauczałem od serca. Ale ta bestia nabrała podejrzeń. Wzięła telefon i zadzwoniła do Współlokatorki. - Rano dałam kotu chrupki, ale on chce jeszcze. - ... - No ale jak mam mu odmówić? - ... - Ale przecież on mdleje z głodu! Na te słowa zamiauczałem tak przeraźliwie, że było mnie słychać we Wrocławiu. I co? I dostałem drugą porcję chrupek! Wiecie, gdy nie ma Współlokatorki, to koty harcują. :)
sobota, 25 kwietnia 2009
Taki jestem... A co?
Myślę, że komentarz do tych zdjęć jest zbędny. Powiem tylko, że pozowałem w kuchni, gdzie ostatnio słoneczko pięknie mnie rozleniwia. Tak bardzo rozleniwia, że to całe pozowanie w końcu mnie zmęczyło i rozdrażniło, co skwitowałem odpowiednią miną na ostatnim zdjęciu. Więcej zdjęć Współlokator nie śmiał mi już zrobić. Porządek musi być, prawda? |
Ostatnie notki
Zakładki:
Eee... i piesek
Inne kotki
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||