RSS
środa, 24 czerwca 2009
Gdy przebiegnie czarny kot...

No tak, zaczęły się wakacje, a ja nie opisałem swojego szkolnego sukcesu. Otóż Młodsza Współlokatorka zajęła drugie miejsce w konkursie z angielskiego! Pewnie zastanawiacie się, czy to na pewno mój sukces. Oczywiście, że mój! A było to tak...

Młodsza Współlokatorka została wytypowana do wzięcia udziału w konkursie. Przeszła jeden etap, drugi i dostała się do finału. I zległa. W sensie chorobowym. Zbliża się ostateczny konkurs, a ta biedulinka kicha, kaszle i przewraca oczami. Ale że to ambitne dziecię, stwierdziła, że idzie! Troskliwa Współlokatorka nieśmiało próbowała odwieść ją od tego pomysłu, mówiąc, że z taką chrypą nie wykrztusi słowa - ale wiecie, jak to jest z nastolatkami. Uparła się.

W końcu Współlokatorka uznała:

- Idź dziecię reprezentować nasz szlachetny ród! A że choroba może osłabić twe wrodzone i odziedziczone po rodzicach zdolności, potrzebna jest ci pomoc nadprzyrodzona. Czarny kot musi ci przebiec drogę. Na szczęście.

Siedziałem oszołomiony tą przemową (i wciąż nieco zaspany), nie wiedząc dokładnie, czego się po mnie spodziewają, aż tu nagle czuję, jak Współlokatorka bierze mnie pod paszki i „przebiega” mną drogę przed Młodszą Współlokatorką! Przebierałem łapkami, ale byłem w szoku. Znów usiadłem oszołomiony, a one się chichrały!

Dziecię poszło i wróciło. Jak już zdradziłem, szczęśliwa Młodsza Współlokatorka oznajmiła, że zajęła drugie miejsce. Szczęśliwa matka ją wyściskała. A potem popatrzyły na mnie. I usłyszałem:

- Dzięki, kot!

Uśmiechnąłem się w duszy.

- Następnym razem trzeba będzie przebiec Karmelem drogę siedem razy. Będzie pierwsze miejsce.

No ja nie wiem, czy to nie powinno być traktowane w kategoriach nieuczciwego dopingu!

14:28, karmelek_kot
Link Komentarze (7) »
środa, 20 maja 2009
Nie wszystko złoto...
To ja jeszcze pociągnę temat kulinarny... 

Od czasu gdy jestem sam, Współlokatorzy wydają na mnie więcej swoich zasobów pieniężnych niż wcześniej. Stwierdzili, że skoro mają tylko jednego synka (?!?), to mogą go rozpieszczać. Cóż, podoba mi się takie podejście do sprawy.

Współlokatorka więc za każdym razem gdy jest w okolicach wypaśnego sklepu ze zwierzęcym żarciem, przynosi jakieś zdobycze. Nie narzekam. Do tej pory jej się udawało. A dziś...

Rano jak zwykle zaprowadziłem ją do kuchni (swoją drogą już mogłaby się nauczyć sama tam trafiać, prawda?) i pokazałem na pustą miskę. Pojęła w lot i sięgnęła do szafki. I przemówiła w te słowa:

- Karmelku, dziś dostaniesz najdroższą w swej karierze puszeczkę. Co ty na to?

- ...

- Niech sprawdzę... tak... wątróbka gęsia w ziołach.

I fruu, wrzuciła zawartość do miseczki. Popatrzyłem na nią, na miskę, powąchałem i sobie myślę: „Mam nadzieję, że wiesz, kobieto, co robisz". I wziąłem się za konsumpcję.

Niestety, po wylizaniu miski przypomniało mi się, że chyba nie lubię wątróbki. Albo gęsi. A może ziół? I co? Zamiauczałem, przywołałem ją i ostentacyjnie pozbyłem się treści z mego wnętrza. Całej treści.

A teraz się martwię, że znowu będzie mi kupować jakieś śmieciowe żarcie. Buuu...

11:22, karmelek_kot
Link Komentarze (6) »
środa, 13 maja 2009
Kto rano wstaje...temu śniadanie
Nie lubię, jak mi się Współlokatorzy gdzieś rozjeżdżają, ale trzeba przyznać, że ma to swoje dobre strony.

Pewnego dnia Współlokatorka zwlekła się z łóżka o 5 rano. Nie jest to normalne, więc nieco zbystrzałem. Pobiegłem za nią do kuchni i zacząłem dopominać się o śniadanie.

- Karmel, pogięło cię? Jest piąta!!!
- Meou.
- Pewnie jeszcze kolacji nie strawiłeś.
- Mrrr...
- No może masz rację. Jeśli ja ci nie dam jeść, to już nikt nie da.

Z radością poocierałem się o nogi, ręce, co tylko tam miała. Najadłem się i poszedłem spać. Nawet nie zauważyłem, że wyszła.

O 7.30 Młodsza Współlokatorka poszła do kuchni popatrzyła na mnie, na miskę - w tym czasie zrobiłem wygłodniałą minę - znowu na mnie i wrzuciła mi chrupki do miski. Ha! Udało się! Rzuciłem się na suche żarcie.

Cały dzień tak dobrze mi szło udawanie wygłodniałego kocurka, że po południu z przyzwyczajenia zacząłem osuwać się po ścianach i znów poprowadziłem Młodszą Współlokatorkę do kuchni. Zamiauczałem od serca. Ale ta bestia nabrała podejrzeń. Wzięła telefon i zadzwoniła do Współlokatorki.

- Rano dałam kotu chrupki, ale on chce jeszcze.
- ...
- No ale jak mam mu odmówić?
- ...
- Ale przecież on mdleje z głodu!

Na te słowa zamiauczałem tak przeraźliwie, że było mnie słychać we Wrocławiu. I co? I dostałem drugą porcję chrupek!

Wiecie, gdy nie ma Współlokatorki, to koty harcują. :)
23:27, karmelek_kot
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 kwietnia 2009
Taki jestem... A co?

http://karmelkot.blox.pl/resource/taki_jestem_a_co.JPG

http://karmelkot.blox.pl/resource/taki_jestem_a_co_II.JPG

http://karmelkot.blox.pl/resource/taki_jestem_a_co_III.JPG

http://karmelkot.blox.pl/resource/taki_jestem_a_co_IV.JPG

Myślę, że komentarz do tych zdjęć jest zbędny. Powiem tylko, że pozowałem w kuchni, gdzie ostatnio słoneczko pięknie mnie rozleniwia. Tak bardzo rozleniwia, że to całe pozowanie w końcu mnie zmęczyło i rozdrażniło, co skwitowałem odpowiednią miną na ostatnim zdjęciu. Więcej zdjęć Współlokator nie śmiał mi już zrobić. Porządek musi być, prawda?

22:21, karmelek_kot
Link Komentarze (6) »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Pierwszy siwy włos na mojej skroni
No dobrze, nie pierwszy i nie na skroni, ale siwy!!! A właściwie - siwe!!! Zauważyłem trzy siwe włoski pod noskiem, dwa na czółku i po kilka rozsianych po całym futerku. I te cholerne siwe, długie włosy wychodzące z uszu! Bogowie, bogowie, ja się starzeję! I co teraz ze mną będzie? Już nikt mnie nie będzie kochał. Chlip, chlip...

Choć jak tak patrzę, to Ridż też jest siwy, a laski się o niego biją. Współlokatorka zaś twierdzi, że Sean Connery momentalnie wyprzystojniał, gdy wszedł w wiek zdecydowanie średni. I choć zwykle jej nie wierzę, tym razem coś mi podpowiada, żebym jednak jej zaufał.

Kociczki, uważajcie, nadchodzi sir Carmel of Lodzville!
22:10, karmelek_kot
Link Komentarze (6) »
czwartek, 26 marca 2009
Kot marnotrawny

Już prawie miałem otwierać szampana, już miałem odpalać fajerwerki, już chciałem zapraszać gości na imprezę z okazji tego, że od trzech miesięcy jestem obrażony na Współlokatorów, a tu... kupa. Wszystko, wszystko zmarnotrawiła Współlokatorka! Nie, niczym mnie nie przekupiła. Hm... próbowała, ale się nie dawałem. To znaczy, jeśli przekupywała mnie czymś dobrym, to zjadałem, ale byłem nieprzekupny. Traktowałem to po prostu jako wyraz wdzięczności za przebywanie z nimi pod jednym dachem. Niech się cieszy, że nie doniosłem na nią do CBA! Ha!

Ale od początku...

Dawno, dawno temu Współlokatorka pracowała przy biurku komputerowym, gdzie zawsze siedziałem jej na kolanach i opierałem łepek na jej lewej ręce. Tak mnie kochała, że mnie nie zrzucała, a nawet nauczyła się obsługiwać prawą ręką niemal wszystkie litery na klawiaturze, oprócz a, s, w, z (te dosięgała lewą ręką). A potem co? Potem kupiła sobie laptopa i wędrowała z nim po mieszkaniu. A ja z nią. Czasem wciskałem się na kolana między nią a sprzęt. Trochę było ciasno, ale wciągałem brzuszek i dawaliśmy radę. No a później się obraziłem. Wabiła, kusiła, a ja nic.

I by było tak do tej pory, gdyby nie ten cholerny kręgosłup! Nie martwicie się, nie mój. Jej. Stwierdziła (a właściwie ból ją zmusił do takich przemyśleń), że siedzenie po turecku przy laptopie po kilka godzin dziennie raczej nie sprzyja poprawnej postawie i przeniosła się do normalnego biurka komputerowego.

I tu nastąpiła moja totalna porażka!!!

Gdy zobaczyłem, jak tam siedzi, gdy przypomniały mi się piękne chwile spędzone na jej kolanach na kręcącym się fotelu, NATYCHMIAST wskoczyłem do niej ku obopólnemu zdziwieniu. Udałem, że nic się nie stało, położyłem łepek na lewej ręce, a ona znów musiała się nauczyć obsługi klawiatury prawą ręką. I tak jest już od kilku dni. Właściwie to moje przychodzenie do Współlokatorów zaczęło się rozprzestrzeniać też na inne miejsca.

Ech... Wszystko zmarnotrawiła! Cały mój plan obrażania się! Wszyściutko.

11:18, karmelek_kot
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Rozmowy bardzo kontrolowane

Jak wiecie, jestem obrażony. Kiedyś przybiegałem na każde zawołanie i sadowiłem się na kolanach. Teraz zwykle poleguję na pralce, ewentualnie niemal owijam się dookoła rury w przedpokoju. Aha! Ostatnio znalazłem świetne miejsce w kuchni - na kuchence mikrofalowej. Coś mi tam mówią, że mi mózg i futerko wypali, ale wcale ich nie słucham. Im na złość sobie coś wypalę!

Teraz nawet jak zawołają w taki sposób, jakby mieli coś dobrego pod ręką, nie daję się nabrać. Póki nie usłyszę wsypywanych chrupek albo zapachu mokrego żarcia, nie dam się zwabić na ten ich syreni śpiew. Co to ja pies jestem? Przychodzę, kiedy chcę.

I tak pewnego razu przyszedłem do pokoju, usiadłem przed tapczanem i patrzę w oczy Współlokatorki. Aż się wzruszyła, biedaczka. I mówi:

- Wskakuj, Karmel.

- Miau?

- No chodź!

- Eeuu!

- Karmeeeelku - wybłagała.

- ...

- Księciu, no, dajesz.

- Mrrr... - to mi się podobało.

- Karmel, nie bądź taki, wskakuj.

- Meeu...

- Synu! Chodź do mnie.

- ?!? - choroba, o czymś nie wiem?!?

- Kocie, no... hop...

- Phh...

I tak sobie gawędziliśmy. Wreszcie się wściekła:

- Wiesz co, Karmel? Ugryź ty się w gwiazdkę!

Ho, ho. W gwiazdkę! Niezorientowanym powiem, że koty nie noszą majtek i widać ich otworek dupkowy, który wygląda jak gwiazdka. Czyli już wiecie, co mi powiedziała...

A kiedy wypluła już ten wulgaryzm, odwróciła się do młodszej Współlokatorki, by pouskarżać się na swój los. Wtedy ja szybko wskoczyłem jej na kolana, żeby przypadkiem nie pomyślała, że dostałem skurczu w łapce i tylko dlatego nie mogłem do niej przyjść. A następnie szybko zeskoczyłem, żeby z kolei nie pomyślała, że przyszedłem do niej na kolana. Hłe, hłe, hłe...

Odwróciłem się gwiazdką i wolnym kroczkiem oddaliłem się w stronę zachodzącego słońca...

21:05, karmelek_kot
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 lutego 2009
Jak Karmelka dopadła przeszłość, ale nic sobie z tego nie robił

Pewnego razu Współlokatorka jakoś źle się poczuła.

- Ale mnie łeb nawala i w ogóle jakoś mi słabo.

- Weź se ciśnienie zmierz - od niechcenia rzucił Współlokator, nie przeczuwając, jakie wywołuje demony.

Tu mała dygresja i dowód na pokrętną ludzką logikę: nie lubią chodzić do lekarzy, dlatego kupili ciśnieniomierz, żeby przekonać samych siebie, że są zdrowi i nie muszą zawracać głowy służbie zdrowia. Taa... A w dodatku jak go kupili z rok temu, tak go użyli może trzy razy. Ale mają! I to nazywa się, że dbają o siebie. Hłe, hłe, hłe...

Współlokatorka wyciągnęła sprzęt i się do niego podłączyła.

- Pik, pik, pik, pssssyyyy - zrobiło urządzenie.

- Yyyy, misiu, chyba mam baaaardzo słabe to ciśnienie.

- Mierz jeszcze raz.

- Pik, pik, pik, pssssyyyy...

Jakiś mało kreatywny ten ciśnieniomierz, pomyślałem.

- Wiesz, on mi pokazuje, że mam 40, 45, a potem 35 i E. To chyba nie za dobrze, prawda?

- Nie no, na pewno mieścisz się w normie - z miną znawcy tematu odpowiedział ukochany mąż swojej żony.

Po paru następnych próbach Współlokator się ździebko zaniepokoił:

- To może zmierz moje ciśnienie - rzekł i wyciągnął rękę.

- Pik, pik, pik, pssssyyyy...

- Cholera, zaraz tu wszyscy pomrzemy!  -zakrzyknął Współlokator i tak się zaniepokoił swoim stanem zdrowia, że ze zdenerwowania poszedł zapalić papierosa.

I tu dochodzimy do sedna mojej historii. Bo nagle usłyszałem:

- Karmel, ty draniu! Nie no, facet, masz przefikane! Wisisz mi 150 zł!

Popatrzyłem niewinnymi oczami na nią, na sprzęt i na śliczną gumową rurkę, którą swego czasu pogryzłem. Ale nie dałem po sobie poznać, że coś sobie przypominam. A oni nie mogli mnie ukarać, bo stwierdzili, że po tak długim czasie nie skojarzę swojego występku i kary. Jaaaasneeee.  Przecież jestem tylko małym głupiutkim kotkiem. :D

00:31, karmelek_kot
Link Komentarze (6) »
środa, 04 lutego 2009
Trochę wspominkowo, trochę depresyjnie
Przede wszystkim wszyscy dziękujemy za Wasze miłe słowa: oczywiście ja, Współlokator, Współlokatorka i młodsza Współlokatorka.

W domu jest dziwnie. Wciąż łapiemy się na tym, że zapominamy o odejściu Trampka i Nikodema. Taka na przykład Współlokatorka... Mówi, że gdy idzie do sklepu, odruchowo chce kupować żarcie dla mnie, psa i chomika.

Albo zawsze kiedy sięgała po kosmetyczkę, by się umalować, Tramp odczytywał to jako etap przedwstępny do wyjścia na spacer. Dlatego z czasem sięgała po nią coraz ostrożniej, by pomadki nie grzechotały i nie budziły Trampka. (A mówią, że to koty są wredne!) No i teraz wciąż na palcach idzie po kosmetyczkę i rzuca okiem na miejsce po posłaniu Trampusia, by sprawdzić, czy udało jej się zrobić to wystarczająco cicho. A potem wzdycha.

Zresztą ja też mam dziwne reakcje. Zawsze jednocześnie dostawaliśmy jedzenie, żebyśmy po kryjomu nie wyżerali sobie nawzajem kolacji. Przy okazji... zawsze sprawdzaliśmy, czy ten drugi dostatecznie czysto wylizał swoją miskę. Po prostu po zjedzonym posiłku przechodziliśmy obok siebie pogwizdując cichutko i nawzajem dopadaliśmy do „przeciwnych" misek. I nawet gdy były wylizane, poprawialiśmy. A wracając do moich dziwnych reakcji... przez pierwsze dni bez Trampusia brałem kawałek mięska w pyszczek i raptownie odwracałem się, żeby go przyłapać na skradaniu się, bo nie słyszałem jego mlaskania. I tak przez cały posiłek. W końcu Współlokatorka przestawiła mi miseczkę w taki sposób, bym miał oko na całą kuchnię i jadł spokojnie. I niby jem spokojniej, ale to już nie to samo.

A tak w ogóle po tej świątecznej akcji, kiedy byłem na nich wszystkich obrażony, nadal jestem jakiś taki niewyraźny. I już nie wiem, czy nadal jestem obrażony, czy po prostu brak mi chłopaków. Teraz częściej chodzę do Współlokatorki na kolana, ale nie jest to tak często jak przed tym nieszczęsnym wypadkiem z dzbankiem. Poza tym znalazłem sobie genialne miejsce na pralce przy gorącej rurze i całe dnie tam śpię. Czasem w nocy przychodzę pospać na tapczan. I to wszystko. Może to kocia depresja? Ech...

23:56, karmelek_kot
Link Komentarze (8) »
piątek, 30 stycznia 2009
Co się dzieje?

Bogowie, jaki straszny tydzień...

Nikodem był chomikiem, który „chodził” po domu. Nie to, że sam. „Chodzili” nim z klatką. A to siedział w jednym pokoju, a to w drugim. Czasem go spotykałem w łazience. Jasne, że pilnowali, abym nie wyciągnął go pazurkiem z klatki. Ale on był twardziel - taki Superman! Ehm... Superhamster! Wcale się mnie nie bał. Często siedzieliśmy pyszczek w pyszczek - on wewnątrz klatki, ja na zewnątrz. Kilka razy gdy podejrzewał mnie o jakieś niecne zamiary, tak podskakiwał, że rumor klateczki mnie odstraszał. Tak, tak, wycofywałem się.

Albo jak nacierał na mnie w swojej plastikowej kuli! Czasami wolałem z godnością popatrzeć na niego z poziomu drapaczka, żeby sobie krzywdy nie zrobił obijając się o mnie. Za to Trampa musieli trzymać za obrożę - tak bardzo się do niego wyrywał. Ale nie sprawdzaliśmy, czy chciał się z nim pobawić, czy jednak go zjeść. Nie mogliśmy rozszyfrować tajemniczego uśmiechu na mordce Trampka.

A najbardziej lubiłem na niego patrzeć. Mówili, że „Karmelek ogląda swoją telenowelę”, bo ja siedziałem i obserwowałem, jak się myje, napycha pufki, albo obgryza kolbę. I tak godzinami.

Było nas trzech. W ciągu kilku dni zostałem sam.

13:01, karmelek_kot
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7