RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Trampuś...

http://karmelkot.blox.pl/resource/DSC02022.JPG

Dziś odszedł mój przyjaciel Tramp...

20:23, karmelek_kot
Link Komentarze (7) »
sobota, 17 stycznia 2009
Nie wiem, nie wiem, nie rozumiem nic...
Nie wiem, czy powinienem publicznie prać nasze brudy... Ale gdzie mam się wyżalić, jak nie tutaj? No gdzie? Gryzę się z tym już od kilku tygodni. A było to tak...

Ósma rano, niedzielny, świąteczny poranek. Pani i pan Trampa śpią. Młodsza pani Trampa też śpi. Trampek śpi. Błoga cisza. Chodzę sobie zgrabnie po ławie w poszukiwaniu pozostałych po kolacji kąsków. Zaglądam do kubków i nikt mnie nie przegania. Po prostu raj!

Aż tu nagle - RYMMMSSS!!! Straszliwy huk, rumor i trzęsienie ziemi! Spłoszony jak nieboskie stworzenie uciekłem pod tapczan. Kątem oka udało mi się tylko dostrzec, że pan i pani Trampa jakoś tak nagle z pozycji leżącej znaleźli się w pozycji siedzącej. Jak jakieś roboty. Później już tylko słyszałem straszne słowa w moim kierunku:

- Karmel, ty draniu! Ja go kiedyś uduszę.

I za co? Za to, że KTOŚ zrzucił dzbanek na herbatkę. Taki wypasiony, co to go stawiali na podstawce i podgrzewali świeczką. A przecież to nie moja wina! Zresztą sami to oceńcie: na podłodze był roztrzaskany dzbanek, jedna miseczka i bieżnik (!!!), a na ławie pozostały dwa kubki (!!!). Przepraszam bardzo, ale numer z szybkim wyciągnięciem bieżnika tak, żeby stojące na nim przedmioty pozostały na ławie (a przynajmniej ich część), możliwy jest tylko wtedy, gdy dysponuje się dwoma sprawnymi rękami. A ja mam przecież łapki! To nie ja!

Złapali mnie (przypominam, że byłem przerażony całym zajściem), nawtykali, pogrozili i puścili. Odszedłem. I nie wracałem. Tułałem się po łazience, kuchni, czasem poleżałem na drapaczku, ale nie poszedłem na przytulaska.

I tak minęła cała niedziela. W poniedziałek twardo obstawałem przy swoim i gardziłem ich towarzystwem. Wieczorem pani Trampa zaczęła mięknąć i przyszła mnie pomiziać. Nie zareagowałem. We wtorek tak samo. I wreszcie zaczęli się zastanawiać nad wydarzeniami i stwierdzili, że rzeczywiście musiał to zrobić KTOŚ inny. KTOŚ, kto ma ręce. Może duch? Postanowili mnie przeprosić. Kupili mi pieska do gryzienia z wkładem z kocimiętki. Gdyby nie ten wkład nawet na niego bym nie spojrzał. Poganiałem się z nim, poszarpałem, ale mojego zranionego serduszka to nie ukoiło.

Minęło kilka tygodni, a ja nadal jestem markotny. Jakby coś we mnie umarło. Chlip. ;(
00:43, karmelek_kot
Link Komentarze (4) »
środa, 31 grudnia 2008
Ech te święta...
Czy Wy też jesteście zmęczeni po świętach? Bo mnie od tych przygotowań w łebku się kręci. Tyle bieganiny to ja już dawno nie miałem! Wszystkiego trzeba dopilnować, na wszystko mieć oko, bo wystarczy odpuścić sobie i okazuje się, że śledziki już siedzą w lodówce, a nie na bufecie w kuchni. Strrrrraszne...

Nastrój świąt poczułem w chwili, gdy pani Trampa zaczęła znosić do domu jakieś dziwne produkty żywnościowe. I wcale ich nie chowała! Pewnie zaklasyfikowała je do grupy Tego Koty Nie Jedzą. Hłe, hłe, hłe... I tu się nieco pomyliła. Ja po kryjomu pasłem się na nieprzebranych łąkach pyszności zalegających kuchenny stół, a ona znosiła tego coraz więcej. Niespodzianka czekała ją w chwili, gdy chciała z nich skorzystać. Bo ja lubię robić niespodzianki... :)

I tak pewnego razu zabrała się za robienie kokosanek. Wrzuciła do miski jajko, pokropiła to jakimś zapachem, wlała mleko skondensowane (niestety, nie udało mi się przegryźć puszki) i sięgnęła po wiórki kokosowe. Hm... Najpierw zobaczyła, że folijka jest poszarpana. Pomyślała, że spróbowałem i pogardziłem. Ale dostrzegła, że brakuje połowy wiórków. Coś tam zamruczała pod nosem. Sięgnęła po drugą paczkę. Gdy zobaczyła, że zjadłem też połowę drugiej paczki, słowa były nieco wyraźniejsze i wcale nie były zbyt miłe. Umknąłem. A ona musiała iść do sklepu. Niestety, pochowała wszystko, na co miałem chęć. Ale nie traciłem nadziei.

Gdy zrobiła kokosanki, zostawiła je do ostygnięcia. Dla mnie przekaz był jasny: leżą bez opieki na stole - mogę się poczęstować. Zżarłem jakieś trzy, cztery kokosanki i poszedłem spać. I gdy tak sobie spałem, poczułem szarpanie za futerko i zobaczyłem wściekły wzrok. Nie no! Bogowie! Czy ci ludzie się nie uczą na własnych błędach? Nie chciała, żebym się poczęstował, mogła schować, prawda? Ech.

Później wzięła się za lukrowanie pierniczków. Pierniczki po upieczeniu były pilnowane. Stała nad nimi, aż wystygły, a potem schowała je do puszki. Taka przebiegła była! Ale przy lukrowaniu straciła czujność. A ja byłem w niebie. Na stole rozpościerały się serduszka z oczkami i uśmiechami, kropeczkami, mazgajkami. A wśród nich ja! Nie wiedziałem, od czego zacząć. Z jednego zlizałem oczko, z drugiego kropeczkę, następnego nadgryzłem, bo przypomniałem sobie, że nawet nie spróbowałem, czy są jadalne. I wtedy weszła ona! Grrr... Nie miała kiedy! Była trochę wściekła, bo pierniczki miały iść „do ludzi". No ale bez przesady, chyba ludzie nie brzydzą się pierniczka polizanego przez kota, prawda?

Tak w ogóle to widzę, jak wielki wpływ mam na tę rodzinę. Po kilku latach prób nie wyciągają już dużej choinki, bo kilkakrotnie powiesiłem się na niej i ją przewróciłem. W tym roku kupili małą choinkę w doniczce. Taką małą niewywrotną. Wiem, bo sprawdzałem - nie przewraca się. Mam też wpływ na podział obowiązków i wiem, że pan Trampa jest mi wdzięczny. Bo gdy pani Trampa ustawiała jakieś potrawy na stole w pokoju, pan Trampa powiedział: „Kochanie, niestety nie mogę ci pomóc w kuchni, bo muszę pilnować, żeby kot się nie poczęstował. Jest mi naprawdę przykro". Jaaaasne, sam widziałem, jak się przy tym uśmiechał do mnie.

A potem było obżarstwo. Zresztą, sami wiecie. Najmilej wspominam sałatkę z łososiem, groszkiem i koperkiem. Dostałem łychę sałatki na talerzyku. No gdybym nie był już tak objedzony tym, co upolowałem, może zareagowałbym inaczej. Ale popatrzyłem na składniki, złapałem zębami za koperek i wywaliłem za talerzyk. A potem sprytnie wybrałem cały groszek. Łososia niech sobie Tramp zje. Co uczynił w ciągu dwóch sekund. :)

18:15, karmelek_kot
Link Komentarze (3) »
sobota, 06 grudnia 2008
Zabijanie na śniadanie

Pewnego wieczoru, gdy już chciało mi się spać, obudziła się jakaś mucha. Chyba nie do końca się obudziła, bo jakoś tak niemrawo latała. Ale to markotne bzyczenie tak mnie wkurzało, że postanowiłem dać jej nauczkę. Złapałem ją (choć zwykle nie plamię się tym zajęciem), nadgryzłem ją jednym kiełkiem i myślałem, że ją ukatrupiłem. Z godnością odszedłem, pozostawiając zwłoki. A ta małpa... znaczy się... mucha, oprzytomniała nieco, doszła do siebie i poderwała się do lotu. Jak wspomniałem, byłem już śpiący, więc ją, za przeproszeniem, olałem. Mucha wówczas udała się w ustronne miejsce wylizywać rany.

Na drugi dzień patrzę, a to bydle lata! Pomyślałem sobie: „No, Karmelku, chyba nie będzie ci mucha pluła w twarz!" Skoczyłem za nią, przydusiłem łapką i już nie bzyknęła! Pełen dumy odszedłem. A co na to panie Trampa?

- Nie no, Karmel, mogłeś ją przynajmniej zjeść. Teraz trzeba będzie sprzątać to truchło. Bleee...

I tu zjawił się wybawca. Podszedł Tramp i zjadł muchę. :) Jednak chłopina na coś się przydaje.

09:39, karmelek_kot
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 listopada 2008
Święta Franciszka, kurcze blade

To już przechodzi kocie pojęcie! A to na pewno wszystko przez te wróbliska, które swego czasu nawiedzały nasz balkon. Tak się rozbuchało towarzystwo, że to przekracza już wszelką przyzwoitość!

Siedzę sobie rano na drapaczku, jestem jeszcze nieco zaspany, Trampek śpi pod uchylonym balkonem, pani Trampa coś sobie czyta, a tu nagle... coś zafurkotało, zaćwierkało i... zaczęło nam latać pod sufitem. Nie zdążyłem się poderwać, gdy nagle pani Trampa porwała mnie na ręce. O ja naiwny! Myślałem, że chce mnie obronić przed potworem, ale ona wyrzuciła mnie do przedpokoju i zamknęła drzwi. I dlaczego, ja się pytam? Przecież przy akcji ratowania ptaszków przydaje się każda para łapek, prawda?

Siedziałem pod drzwiami i było mi tak przykro, że nawet nie waliłem łapkami w szybę. To się nazywa rozpacz. ONA wolała ganiać sikorkę, zamiast bawić się ze mną. Po paru minutach otworzyła drzwi. Wbiegłem do pokoju, rozejrzałem się, czy nie mamy nowego zwierzątka - nie było. Popatrzyłem z wyrzutem na Trampka, czy jakoś zareagował, albo czy jakieś piórka nie zwisają mu z pyszczka - ale on nawet nie wstał z posłania. Chyba stwierdził, że skoro przeżył współegzystencję z kotem, to nic gorszego go nie spotka. Hłe, hłe, hłe... Pobiegłem do balkonu zobaczyć, jak się sprawy mają, ale nie było śladu po zbrodni.

I weź tu, kocie, odpuść sobie na chwilę i przestań pilnować balkonu! Nawet się zdrzemnąć nie można...

Przez resztę dnia byłem czujny i nic się nie stało. Dopilnowałem bydlaka!

11:45, karmelek_kot
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 listopada 2008
Stereotypy

http://karmelkot.blox.pl/resource/DSC00067.JPG

Młodsza pani Trampa zażyczyła sobie szaliczek na zimę. Ale nie jakiś zwyczajny, jaki nosi co druga nastolatka, tylko oryginalny, wykonany wedle jej projektu. Pani Trampa zanabyła więc włóczki, druty i wzięła się do pracy. W pewnym momencie zauważyła, że jedna włóczka jest firmy Kotex, inna znowu ma kotka na obrazku i to ją zastanowiło:
- Ciekawe... każda włóczka ma coś wspólnego z kotem... Mam nadzieję, że nie są one wykonane z sierści kotów.
- To pewnie dlatego, że koty biegają za motkami - przytomnie stwierdziła młodsza pani Trampa.
- Aaa... możliwe! Karmel olewa włóczki i zapomniałam, że kotek z motkiem ludziom się kojarzą - wytłumaczyła się pani Trampa, nieco czerwieniejąc ze wstydu.
No rzeczywiście. Nigdy nie biegałem z włóczką. Ale pomyślałem, że trzeba ratować koci honor. Dlatego gdy tylko usłyszałem te słowa, w jednej chwili podskoczyłem na tapczan, złapałem w łapki motek, rzuciłem się na plecki i wypuściłem motek. Następnie poszedłem do kuchni.
Tak więc moja rodzina nie może już powiedzieć, że NIGDY nie bawiłem się włóczką. Bawiłem się - całe 2 sekundy! Może kiedyś to powtórzę, ale nie obiecuję.

23:27, karmelek_kot
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 października 2008
jak tak można...
- Karmel, ciebie już chyba doszczętnie porąbało! - zakrzyknęła pani Trampa z kuchni.

Widzicie, takich rzeczy musi się nasłuchać Wasz Karmelek. I o co ta awantura? Naprawdę, ja nie widzę żadnych racjonalnych powodów tych wyzwisk.

Kiedy pani Trampa smaży ryby, wówczas zostają szczątki jajka z posmakiem ryby oraz jakaś mąka, w której te ryby były wytarzane. I pani Trampa zamiast mi dać owo jajeczko, wymyśliła sobie szczwany plan - postanowiła połączyć oba składniki, dodać mleka i usmażyć rybnego naleśnika dla Trampka. A ja wcale nie jestem pewien, czy taki staruszek powinien jeść smażone. 

Przygotowała miksturę i poszła do pokoju. Hłe, hłe, hłe... mogła od razu wziąć się za gary, nie? Ale ona wolała z dziecinką pokonwersować. Jej wybór. Wtedy ja wskoczyłem na stół i wychlipałem ciasto naleśnikowe o aromacie rybnym. DO CNA! A kiedy ona wróciła do kuchni, to... sami już wiecie... zaczęła mnie wyzywać od porąbańców.

No i co z tego, że ten naleśnik nie był usmażony? Zaoszczędziła na gazie. A ja potem sobie jeszcze tłuszczyk po tym smażeniu wylizałem. Czyli PRAWIE jakbym zjadł rasowego naleśniczka, no nie?

23:50, karmelek_kot
Link Komentarze (7) »
piątek, 03 października 2008
Dekonspiracja J23

Obawiam się, że nieco się zdekonspirowałem. A było to tak...

Spokojny wieczór, w tle sączy się muzyczka, pan Trampa pracuje przy kompie, obie panie Trampa coś tam czytają. Ja sobie leżę na oparciu tapczanu, żeby mieć wszystkich na oku. Sielanka... I nagle!

- O bogowie, Tramp, jakie ty bąki puszczasz! - zakrzyknęła pani Trampa. - Czujecie?

- No trudno nie poczuć - opowiedział pan Trampa.

Minęło kilka minut...

- Nie no, Tramp, litości! - tym razem pan Trampa wykazał się szybszym refleksem powonienia.

Sielanka została nieco zakłócona. A smród pojawiał się i znikał. Czasami nieco spłoszony otwierałem oczy, ale szybko zapadałem w drzemkę.

- Trrrrramp! - wyrzuciła z siebie pani Trampa, nie podnosząc wzroku znad książki. - To przez to, że na spacerach zżera jakieś świństwa pod balkonami!

- Ale... - rzucił nieco zdezorientowany pan Trampa - jego tu nie ma. Chyba poszedł do kuchni...

Pani Trampa rozejrzała się uważnie, zajrzała pod ławę, spojrzała za drapaczka i nic. Trampa nie było, a smrodek był.

- Przyznać się, kto tak smrodzi?

- Ja nie!

- No też coś! Mnie podejrzewać! - wzburzyła się młodsza pani Trampa.

Wtedy spojrzała na mnie, a ja szybciuteńko zamknąłem niewinne oczęta. I wtedy, w najmniej odpowiedniej chwili wypsnęło mi się całkiem głośnawe PSSSS... Chorobcia, nie miało kiedy! I zaraz zaczęli podejrzewać, że połowa produkcji bąkowej, to moja robota.

Eeee, tam zaraz połowa...

14:55, karmelek_kot
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 września 2008
Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba...?!?

Pani Trampa wyjechała na weekend do stolicy. Niby że w sprawach służbowych. Heh! Ciekaw jestem, czy na pewno, bo jak wróciła, to od razu wyczułem trzy psy i dwa koty na jej ciuchach. Zdrajczyni jedna! Wredota paskudna...

Wiedziała, że nie da się tego przed nami (mną i Trampkiem) ukryć, więc sama się przyznała, że spotkała się z kilkom koleżankami. I ich zwierzakami!!!

Pierwsza koleżanka miała grzywacza chińskiego. Jeśli pamiętacie, jaki piesek wygrał konkurs na najbrzydsze zwierzątko świata, to macie mniej więcej wyobrażenie o tym, jak taki grzywacz wygląda. Ale pani Trampa mówiła, że to całkiem miłe stworzonko. I sierści nie gubi. He, he... jak nie ma, to nie gubi, prawda? Ja, na ten przykład, nie gubię łusek. Czy ktoś to docenia?!?

Druga koleżanka miała skrzyżowanie owczarka podhalańskiego z czymś tam. Duże, białe i puchate. Aha i z lekka płochliwe. Ale, oczywiście, zdrajczyni musiała zbratać się z tą bestią!

Trzecia zaś miała dalmatyńczyka i dwa koty. DWA koty! Współczuję tej kotce, która była pierwsza. Jakże musiała cierpieć po przybyciu tej drugiej. I ta pierwsza próbowała ukraść pani Trampa chusteczki higieniczne. Ale że pani Trampa nie jest nieśmiała względem kotów, złapała kociczkę w locie i jej wyrwała zdobycz. Się na mnie wyszkoliła...

No ale przejdźmy do meritum...

Kiedy wyczułem wszystkie te zwierzęta, postanowiłem sprawdzić, czy pani Trampa jeszcze mnie kocha. I namówiłem Trampa. Jeśli któreś z Was nie jest pewne, czy jest kochane, może skorzystać z moich pomysłów.

Oczywiście, poczekałem, aż będziemy sami. Tylko ona, ja, Tramp i moja zraniona duma. Zacząłem od tego, że ze wściekłością ganiałem swój ogon. Tak, tak, zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Ganianie za ogonem na drapaczku jest trochę przeraźliwe. Drapaczek się kiwał, ja kiwałem się razem z nim, czasem spadałem i przewracałem go. Ale był huk! Prychałem przeraźliwie i miauczałem. Taki kot-samo-zło. Tak się tym nakręciłem, że aż nie mogłem przestać. Wtedy pani Trampa mnie złapała i przytuliła. Od razu się uspokoiłem. Ale po chwili przypomniało mi się, że jestem na nią wściekły. Dlatego luźnym krokiem udałem się do kibelka i znalazłem papier toaletowy. Zacząłem go rozwijać (też po raz pierwszy), ale nie dane mi było dłużej się nim pobawić. Bezczelnie mi go odebrała. Obrażony poszedłem spać.

Na chwilę się uspokoiłem, żeby uśpić jej czujność. Namówiłem się z Trampem i dzięki temu byliśmy świadkami wspaniałej sceny...

- Córcia, ukroić ci chałkę?

- Yyy... tę pogryzioną, która leży w kuchni na podłodze?

Hłe, hłe, hłe... Trampek spisał się świetnie. Było pół chałki i jest nędzna ćwiarteczka, hłe, hłe, hłe...

A później nastąpiło już tylko zwyczajowe wkurzanie pani Trampa... Zrobiła jajecznicę, postawiła ją na stole i zaczęła kroić chleb - więc wskoczyłem na stół, żeby spróbować tych delicji. Gdy to zobaczyła, przepędziła mnie i usiadła do stołu - więc ja wskoczyłem na bufet, żeby ukraść szyneczkę, którą zapomniała schować. Ona znowu wstała, żeby schować szynkę - więc ja wskoczyłem na stół, żeby spróbować jajecznicę. Hłe, hłe, hłe... Ma się te sposoby.

A pani Trampa co? Ano nie zabiła nas. I nawet trochę jajecznicy nam dała. Czyli musi nas jednak kochać. I po co jej były te zdrady, no po co?
22:03, karmelek_kot
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 września 2008
Pachnidło

Ja tu sobie czasem robię osobiste wycieczki w stronę Trampa, ale czas przyznać, że:

- to jest jednak jakiś tam mój kolega

- jest mocno stary i jakiś szacunek mu się należy.

Gdy ostatnio byliśmy u weterynarza, pan powiedział, że Trampuś jest już staruszkiem, mającym na ludzkie lata tak pod dziewięćdziesiątkę. Ma kłopoty z tylnymi łapkami, które mu się rozjeżdżają. Dostawał zastrzyki, tabletki... ale raczej nie pomagają.

Problem z nim jest taki, że od... hm... pasa(?) w... przód(?) Tramp zachowuje się jak psi nastolatek - trochę taki no... głupeczek. Przednie nóżki chcą go nieść w świat, a tylne się przewracają.

A wstęp był po to, by Wam uzmysłowić, że Tramp jest stary, i opowiedzieć o tym, co się przydarzyło dziś rano.

Pani Trampa wstała o świcie (po siódmej!!!) i nagle zbystrzała. Po domu rozchodził się smród psiej kupy. Mi tam nie przeszkadzał. Pani Trampa rozpoczęła poszukiwania, ale nic nie znalazła. Dźwięki wydawane przez Trampa skłoniły ją do przypuszczeń, że zapach generowany jest na bieżąco. Postanowiła temu zaradzić i włączyła jakiś wydzielacz miłych zapachów.

I teraz wyobraźcie sobie - zapach jabłuszka z cynamonem przełamany nutą PSICH BĄKÓW. Może się mylę, ale wydaje mi się, że ta mieszanka jest nieco nietrafiona. Pfff... aż zaprychałem.

21:35, karmelek_kot
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7